MODA

Futra? Kończymy z tym

22.05.2020Michał Zaczyński

Futra? Kończymy z tym
Fot. Imaxtree

Elżbieta II rezygnuje z noszenia naturalnych futer. Wieść przekazała Angela Kelly, osobista garderobiana królowej. W mediach – sensacja. Umówmy się: królowa Anglii nie jest żadną ikoną mody. Paradoksalnie jednak tym większa siła rażenia jej decyzji. Człowiek wylądował na Księżycu, wyodrębnił DNA, wymyślił Internet. Zmieniały się ustroje, padały dyktatury, dzieliły się i jednoczyły kraje. Wyemancypowały się mniejszości, przeżyliśmy Woodstock, nastał kult celebrytów. A ona w tym czasie niezmiennie, w futerku czy choćby futrzanych pelerynkach, trwała na brytyjskim tronie jako ostoja tradycji. I choć na niektóre okazje, zgodnie z przyjętą od lat przez Pałac Buckingham filozofią zero waste, donosi jeszcze te stare, zwolennicy naturalnych futer muszą być wstrząśnięci. Pada jeden z ich ostatnich bastionów: tradycja. Dziś noszenia futer nie da się już nią wytłumaczyć.

Lewica za, prawica też

A byłoby komu. W zachodnich społeczeństwach przeciwnicy futer stanowią zdecydowaną większość. Także w Polsce. Jeszcze w marcu 2018 r. w sondażu CBOS za zakazem hodowli na futro opowiedziało się 59 proc. badanych. Tej jesieni, czyli równo po półtora roku – według Biostatu – już 73 proc. Kto się sprzeciwia? Żadna lewicowa klasa średnia. To głównie kobiety i młodzi, ale niezamożni i z małych miast. Wieś też nie odstaje: futrom sprzeciwia się ponad 72 proc. jej mieszkańców. Nadal jednak, mimo że rocznie zabija się u nas w tym celu około ośmiu milionów futrzaków, nawet nie ograniczono hodowli. Wydawało się, że jest blisko. Projekt przewidujący, że od stycznia 2022 r. hodowle byłyby nielegalne, leży w sejmowej zamrażarce. I to pomimo że złożył go poseł partii rządzącej. Wyprzedziło nas już 14 państw kontynentu, w tym Słowacja, Austria, Serbia czy Holandia. Prawdą jest, że zakaz hodowli nie jest wystarczający. Istnieją kraje, które nie hodują zwierząt na futra, a zarabiają na ich produkcji i sprzedaży. Jest jednak ważnym, pierwszym etapem wprowadzenia zakazu handlu. – Trzeba na to czasu, co widać na przykładzieWielkiejBrytanii,gdziezwierząt na futra nie hoduje się już od 2000 r., a teraz trwają prace nad tym,by zakazać handlu – mówi Marta Jarosiewicz ze stowarzyszenia Otwarte Klatki. O tym, że jest to możliwe, świadczą stosownere gulacje, jakie przyjęły m.in. Los Angeles, San Francisco i Sao Paulo, a wkrótce – bardzo możliwe – przyjmie także Nowy Jork. Pro- dukcji i sprzedaży futer zabroniono też w całej Kalifornii. Od 2023 r. mieszkańcy nie będą mogli sprzedawać ani wytwarzać futrzanych ubrań, butów ani torebek.Dlaczego my nie jesteśmy w stanie wykonać nawet planu minimum? Winne jest lobby. Polska zajmuje podium w produkcji futer ze skór zwierząt. Wyprzedzają nas tylko Chiny i śląca w świat swoją filozofię hygge Dania. W obronę hodowców żarliwie zaangażował się, na przykład, dyrektor Radia Maryja Tadeusz Rydzyk, hojnie sponsorowany – jak ujawniły media – przez hodowcę norek Szczepana Wójcika. W listopadzie tego roku ujawniły one też, że futrzarze opłacili hejt na polityków, dziennikarzy, aktywistów i organizacje pozarządowe. Trolle powiązani byli z ekspertami i pracownikami Wójcika, prawicowymi dziennikarzami, działaczami Konfederacji RP oraz ich kampanią #RespectUs. Tymczasem tylko w 2017 r. zarobiliśmy w Polsce na futrach dwa miliardy złotych. To znaczy zarobili hodowcy. Jest ich niewielu, za to bardzo wpływowych.

 Imaxtree
Fot. Imaxtree

Bo choć rzekomo w branży pracuje 60 tys. osób, w rzeczywistości jednak... mniej niż tysiąc. Tyle według oficjalnych danych ZUS za lata 2016–2017.
Jak wygląda taki zarobek w praktyce? W2011r. Joanna Podgórska opisała to w „Polityce”: „Lisy zabija się prądem. Pracownik fermy trzyma zwierzę za ogon w powietrzu i wbija mu w odbyt jedną elektrodę. Drugą podtyka pod pysk i rozwścieczone zwierzę chwyta ją zębami, zamykając obwód. Powinno to trwać kilkanaście sekund. Ale nie zawsze udaje się za pierwszym razem. Podobnie giną szynszyle. Norki są zabijane w komorach gazowych przy użyciu dwutlenku lub tlenku
węgla. To finał życia spędzonego w ciasnej klatce”
. Czemu cytuję tekst sprzed ośmiu lat? Bo nic od tego czasu się nie zmieniło. Jedyna zmiana, zresztą tylko na papierze, to minimalnie zwiększone klatki norek. Norce przysługuje około 0,2 mkw., a ży- jącemu przecież dziko lisowi – 0,6 mkw. Przez całe życie, którego nazwanie nędznym byłoby eufemizmem. Efekty to autoagresja, stereotypia, czyli nieustanne krążenie po klatce, samookaleczanie. Hodowcy odpierają te zarzuty, a kręcone na fermach z ukrycia filmy uznają za sfałszowane. Tłumaczą, że zniszczone futra zwierząt przyniosłyby im straty, stąd dbają o zwierzęta. – To kolejny mit. Lisa bez łapy czy z raną na głowie nadal można wykorzystać, na brelok wystarczy. I nawet maltretowane zwierzęta będą miały ładne futra – wyjaśnia Marta Jarosiewicz z organizacji Otwarte Klatki.

Fortuna na pomponach

Przemysł futrzarski bowiem w niewielkim stopniu żyje ze spektakularnych płaszczy wartych fortunę. W warszawskim Vitkacu można kupić kurtkę z kołnierzem z norek od Saint Laurenta za 17 555 zł czy futrzany płaszcz marki Off White za 17 379 zł. Ale choć futra potrafią kosztować nawet setki tysięcy, branża futrzarska kokosy zbija na trimmingu – kawałkach futra bezmyślnie doczepianych dla efektu. Wiele jednak wskazuje, że jego dni naprawdę są policzone. Spójrzmy, co zmieniło się zaledwie w ciągu dekady. W 2010 r. w opublikowanym w „Życiu Warszawy” felietonie „Futro obciążone dzie- dzicznie” Joanna Bojańczyk pisała: „Z wielkich nazwisk tylko Vivienne Westwood deklaruje się jako wróg zwierzęcych płaszczy. Reszta – m.in. Dior, Chanel, Yves Saint Laurent, Versace, nie mówiąc o Fendi, które z tego żyje – prezentuje je w każdej zimowej kolekcji.

(...) PETA za cel ataku wybrała Giorgio Armaniego, który podobno obiecał zaniechać produkcji naturalnych futer, ale słowa nie dotrzymał. Przedstawiono go na plakacie z wielkim nosem i podpisem: Pinocchio Armani”. Dziś futer nie sprzedają już ani Chanel, ani Armani. Największy wstrząs wywołała zaś Donatella Versace, do niedawna królowa przepychu. W rozmowie z „Financial Times” znienacka przyznała: „Futra? Skończyłam z tym. Moda nie może polegać na zabijaniu zwierząt”. Oprócz niej w międzynarodowym programie Fur Free Retailer znajduje się ponad 1000 marek i projektantów, w tym Gucci, Prada, Burberry, Hugo Boss, Coach, Jimmy Choo, Furla czy The Kooples. Zatem elita. Jeśli dodać do tego zakaz wstępu dla futer na fashion weekach w Londynie, Amsterdamie czy Melbourne, widać, jak ogromny dokonał się postęp.

I widać go także w Polsce. Inicjatywę „Sklepy wolne od futer” podpisali m.in. Solar, Wojas, Vistula, marki należące do LPP, Risk Made in Warsaw, Prosto czy Est by S. Cały czas dołączają kolejni. – Nie mamy futer w naszej najbliższej kolekcji, na wiosnę-lato 2020, i nigdy nie będziemy już ich używać – obiecała mi Patrycja Cierocka, dyrektor kreatywna Patrizii Aryton.
Futer nie kupimy też na największej polskiej platformie e-commerce Showroom.pl, a antyfutrzarska warszawska szkoła mody MSKPU zorganizowała w tym roku pionierski w Polsce konkurs dla projektantów mody odpowiedzialnej. Oczywiście – wolnej od futer.

Noblistka walcząca

Nie bez znaczenia są też popularne osobistości sprzeciwiające się naturalnym futrom: od Joanny Krupy i relatywnie niedawno nawróconej Joanny Horodyńskiej po noblistkę Olgę Tokarczuk. To niemal współczesny symbol walki o prawa zwierząt. W zekranizowanej przez Agnieszkę Holland (jako „Pokot”) książce „Prowadź swój pług przez kości umarłych” pisarka oburza się: „czyjeś ciało przerobione na buty, na pulpety, na parówki, na dywan przed łóżkiem, wywar z czyichś kości do picia... Buty, kanapy, torba na ramię z czyjegoś brzucha, grzanie się cudzym futrem, zjadanie czyjegoś ciała, krojenie go na kawałki...”.

Naturalne futra ewidentnie więc mają dziś kiepski PR, a projektantom ich używającym grozi ostracyzm. Z naszego podwórka przykładem choćby pokaz Agnieszki Maciejak na tegorocznym katowickim fashion weeku. Mimo że impreza została szczegółowo opisana i zrecenzowana przez wszystkie liczące się media w kraju, futrzaną kolekcję Maciejak – choć to duże i znane nazwisko – całkowicie w nich pominięto. Nadal nie jest jednak idealnie. Futra, m.in. Doroty Goldpoint, promują Bożena Dykiel czy Grażyna Szapołowska, a Stowarzyszenie Futrzarzy Polskich szczyci się współpracą z Wyższą Szkołą Sztuki i Projektowania z Łodzi. Jeszcze dekadę temu rozmachem swoich salonów zadziwiał Andrzej Jedynak, po którym dziś słuch zaginął, a używanie naturalnych futer było powodem do dumy. Firma Simple oferowała norki, karakuły, lisy, a także futrzane torby czy czapki. „Uczłowieczyłyśmy futro” – mówiła Joannie Bojańczyk założycielka i projektantka marki Lidia Kalita. „Zrobiłyśmy z niego lekki płaszcz miejski, który nie kojarzy się z okryciem zakładanym na 1 listopada” – chwaliła się.

Dziś Simple nie istnieje, a Kalita od kilku dobrych lat działa pod własnym nazwiskiem. Czy nadal używa futer? – Boże broń! Od 8–9 lat wyłącznie futra sztuczne – mówi mi projektantka. I dodaje: – Wiem, że to żadne tłumaczenie, ale wtedy była inna świadomość, a może jej brak. To trochę jak z psami na łańcuchach. W dzieciństwie widziało się ich wiele, a teraz jak widzę coś takiego, to wydrapałabym właścicielowi oczy.

Walka z futrami trwa od lat 70., kiedy powstały pierwsze listy zagrożonych gatunków, jak amerykańska Endangered Species Act z 1973 r. W latach 80. zaczęły się protesty, na masową skalę kontynu- owane w latach 90. Wtedy też PETA zainaugurowała kampanię „Wolę być naga, niż nosić futro”, w której wzięły udział (literalnie: rozebrały się) Naomi Campbell, Eva Mendes czy Christy Turlington. W 1994 r. wiceprezes PETA Dan Mathews potrafił wraz z kolegami zdemolować biuro Calvina Kleina. Zaproszony kilka dni później przez nieźle przestraszonego projektanta na spotkanie zmusił Kleina do obejrzenia w jego obecności filmu pokazującego tortury zadawane zwierzętom futerkowym. Wstrząśnięty kreator, wówczas numer jeden w USA, natychmiast podpisał deklarację rezygnacji z tego surowca. Której się trzyma do dziś.

W swojej biografii „Committed: A Rabble-Rouser's Memoir” Mathews przytacza też spotkanie z Johnem Galliano. Kreator powiedział mu, że nie jest zwolennikiem futer, lecz jego szefowi Bernardowi Arnaultowi podobają się pieniądze, jakie przynosi ich sprzedaż. Projektantowi mimo wszystko też, skoro w kolejnej kolekcji zaproponował pelerynę z całego pyska oskórowanego srebrnego lisa. Michael Kors z kolei oświadczył, że „zaprojektuje wszystko, co się sprzeda”. W tym płaszcz ze skór małych jagniąt zabijanych poprzez wywołanie bolesnego poronienia lub zatłuczenie ich dosłownie w pierwszych sekundach życia, by uzyskać rzekomo najdelikatniejsze futro. Obydwaj projektanci są dziś fur-free.

Imperium kontratakuje

Odejście od naturalnych futer wydaje się dziś nieodwracalne. Choć – a może właśnie dlatego – branża futrzarska się nie poddaje. Kontratakuje, nie mogąc się pogodzić z tym, że futro przestało być symbolem statusu, i usiłuje, na przykład, dowieść, że futro jest przyjazne... środowisku. – Jeśli mamy zostawić naszym dzieciom świat w lepszym stanie, musimy traktować naturę, ludzi i zwierzęta z szacunkiem – apeluje brytyjski projektant Tesfa Joseph współpracujący z futrzarską organizacją Kopenhagen Fur. – Tak naprawdę hoduję szynszyle, bo kocham zwierzęta – wzrusza się Janos Fulop, węgierski hodowca, w propagandowym filmie stowarzyszenia Fur Europe.

Żart? Hipokryzja? Raczej cwane ucinanie dyskusji o okrucieństwie wobec zwierząt. Znamienna jest też wizytówka targów futrzarskich HKFF w Hongkongu, najważniejszych tego typu na świecie. Oficjalnie głoszą, że „handel futrami jest wyjątkowy wśród nowoczesnych gałęzi przemysłu, wspiera niezwykłą gamę kultur, tradycyjnych umiejętności i stylu życia”. Choć zamęczanie zwierząt nie ma nic wspólnego z nowoczesnością, kultury zmierzają ku weganizmowi i prawom zwierząt, a styl życia się zmienia.

„[Handel futrami] odgrywa również ważną rolę w ochronie środowiska i zarządzaniu siedliskami, a także przyczynia się do międzynarodowego biznesu, zapewniając wielu krajom korzyści dla zatrudnienia i gospodarki” – kontynuuje HKFF. I kłamie, bo futra dewastują środowisko naturalne, a korzyści gospodarcze niwelują straty społeczne.

Te straty widać gołym okiem. Dlatego co ósmy z nas nie kupiłby też domu w okolicy fermy futrzarskiej. Wiadomo, fetor, szczury, muchy. Skażona gleba i woda. Do tego przedostawanie się do środowiska pasożytów i chorób. To koszty, jakie za fermy płaci całe społeczeństwo, nie mając żadnych korzyści w zamian. 

Wrogiem przemysłu futrzarskiego stały się też futra sztuczne. Dużo mówiło się o analizie laboratorium Organic Waste Systems w Gandawie, która wykazała, że sztuczne futra nie tylko nie są biodegradowalne, ale są zwykłą plastikową trucizną. To że nie są biodegradowalne, to fakt. Podobnie jednak jak to, że farbowane futra naturalne nie mogą się tu poszczycić lepszymi parametrami. Jak i to, że badania, które stały się fetyszem organizacji zrzeszających producentów futer, zamówiła i opłaciła jedna z nich, Fur Europe.

Dyskusja wokół sztucznych futer jest jednak sukcesem producentów futer. Zrzucili się nawet na globalną kampanię „uwypuklającą kolosalne szkody czynione przez sztuczne futra” i nazwali te prawdziwe „odpowiedzialnym wyborem”. Tyle że dlaczego alternatywą dla futra prawdziwego ma być sztuczne? Przecież może to być wełniany płaszcz, kurtka ze wzmocnionej bawełny, parka z nowoczesnych outdoorowych tkanin czy puchówka. Albo – to na razie wersja dla zamożnych – innowacyjne futro Stelli McCartney z tkani- ny pochodzenia roślinnego o nazwie KOBA – wytwarzane jest z po- liestru z recyklingu oraz z sorony, tj. włókien roślinnych firmy DuPont. Do produkcji materiałów zużywa się mniej energii, wytwarza mniej CO2, samo futro zaś łatwo jest poddać recyklingowi.

A co robić z futrem, które już ktoś ma? Nie wyrzucać, ale też nie kupować nowego sztucznego. Najlepiej po prostu oddać potrzebującym.

Czytaj dalej